Zerk, zerk...
Zerk, zerk??
Uśmiech, oczko, znowu uśmiech...
-Może się przysiądę?
-Proszę, proszę... -uśmiech
-Mateusz...
-Mariola... albo Dżesika, tak naprawdę Mariola, ale może być Dżesika -uśmiech
-Bardzo mi miło... -confused
-Mi również...
-Jak się bawisz?
-Całkiem nieźle, przyszedłeś tutaj z Alicją?
-Tak, studiujemy razem.
-Ah, gospodarka tak?
-No tak, chociaż studiujemy to za dużo powiedziane. Bardziej pasowałoby opieprzamy się przez 5 dni w tygodniu a potem jest weekend. A ty studiujesz?
-Póki co nie.
-Mhm.
-Wiesz interesuje mnie kosmetologia...
-Ah to interesujące -cholera, cholera, cholera nic nie wiem na ten temat, krem nivea, krem nivea... -pracujesz jako kosmeto... lożka?
-Na razie szukam pracy.
-A z jakim skutkiem?
-Mizernym...
-No ja też miałem ten problem aż przerzuciłem się w szarą strefę.
-To znaczy?
-Daję korepetycje z angielskiego.
-Z jakim skutkiem? -uśmiech
-Wydaje mi się, że radzę sobie dobrze -co innego powiedzieć? -przynajmniej wpadnie jakaś kasa, nie tylko to co od rodziców.
-Mhm, a skąd jesteś?
-Z Piaseczna a ty?
-Też spod Warszawy, Marki.
-Bywam tam przejazdem jak wracam do Trójmiasta raz na jakiś czas.
-Jesteś z Trójmiasta?!
-Z szeroko pojętych okolic, 50 km od Gdyni, kierunek pn zachodni.
-Fajnie, też chciałabym mieszkać nad morzem.
-Szybko się nudzi.
-Nie gadaj...
-Tak jest, w wakacje nad morze jeździmy pod 19 jak już nie ma ludzi na plaży, a po wakacjach to tylko biegamy po plaży albo pijemy piwo w plenerze, największa miejscówka w okolicy -o czym ty do kurny nędzy mówisz człowieku??!!
-No tak, młodzież.
-Młodzież.
-...
-...
Zerk, zerk...
-Może zatańczymy? -tętno 240 uderzeń na minutę...
-A z chęcią
Tany, tany, tralala... ocieru ocieru...
-Hmm... może pójdziemy się przewietrzyć, strasznie tu gorąco... -tętno 280 uderzeń.
-Ok...
-Piękna noc, jak rześko.
-Rześko? Nikt już tak nie mówi -uśmiech
-Nie znam tego nowoczesnego języka -śmieje się to dobrze
-...
-...
-Masz piękne oczy -jak ty je widzisz skoro jest ciemno.
-Dziękuję...
-...
-...
-...
-...
-Hm... to było miłe...
-Może być jeszcze milsze...
I tak dalej i tak dalej. Tak powinno być. Było zupełnie inaczej. Dzisiaj miało się poprawić a się nie poprawi. Imiona i inne dane zmienione celowo. Tok wypowiedzi również, jeśli nawinie się to kiedykolwiek w ręce kogoś, kto rozgryzie drugie dno to albo zrozumie mnie albo będę skończony. Póki co ryzyk fizyk i publikujemy...
poniedziałek, 30 listopada 2009
sobota, 28 listopada 2009
W poszukiwaniu straconego czasu...
Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi oszczędzać czas -tzn pomoże mi przemieszczać się z miejsca na miejsce w sposób bardziej efektywny niż czynię to do tej pory.
Mieszkając w Zalesiu Dolnym (administracyjnie należące do Piaseczna) cierpię na chroniczną przypadłość bycia daleko od najbliższego węzła komunikacyjnego. Do tegoż mam 20 minut piechotą, co przekłada się na 40 minut straconego czasu, który muszę poświęcić na dotarcie do dworca PKP (węzła komunikacyjnego). Jest oczywiście autobus miejski linii 727 ale jeździ na tyle rzadko (średnio co pół godziny) a trasę ma tak wydłużoną w stosunku do linii 709, że często pozostaje nieuzasadnione z punktu widzenia efektywności przemieszczania się korzystanie z tej linii. Usprawiedliwia wsiadanie do tego autobusu jedynie lenistwo.
Powracając do dworca PKP, do wyboru mamy tam 2 środki lokomocji (taksówek również tam obecnych nie biorę pod uwagę z racji wysokich kosztów i moich niskich dochodów): pociągi Kolei Mazowieckich oraz linię autobusową 709. Pierwszy z nich wydaje się dość sensownym rozwiązaniem, niestety cierpiącym z powodu niskiej częstotliwości kursowania składów (średnio raz na godzinę) ale z Piaseczna do centrum Warszawy pozwala dostać się w około 60 minut (łącznie z dojściem tych 20 minut z domu do dworca).
Autobus linii 709 w około 35 minut zabierze nas do stacji metra Wilanowska, po czym należy w to metro wsiąść i po 70 minutach od wyjścia z domu jesteśmy w centrum. O ile nie ma korków. Bo pociąg ma jedną ważną zaletę nad autobusem, tj nie stoi w zatorach drogowych. I przydaje się to w godzinach szczytu, bo wówczas podróż autobusem drastycznie się wydłuża a podróż z domu do centrum Warszawy potrafi zwiększyć swoją objętość czasową o 30% (czas podróży autobusem wydłuża się z 35 do 55 minut).
Oprócz tego, brak w najbliższej okolicy niedrogiego sklepu spożywczego. Jest co prawda niejaki supermarket Pod Dębami, ale ceny produktów oraz zakres oferowanego asortymentu niech pozostaną za karzącą kurtyną milczenia. Najbardziej sensowne jest zatem udawanie się po zakupy do centrum handlowego Auchan położonego przy ulicy Puławskiej w Mysiadle (no, w Piasecznie właściwie ale przystanek jest Mysiadło). Niestety, pomimo tego, że autobus jedzie tam 10 minut to cała wyprawa łącznie ze zrobieniem zakupów i powrotem do domu zabiera od 1,5 do 2 godzin, co jest czymś po prostu karygodnym.
Ergo, potrzebuję czegoś, co pozwoliłoby ograniczyć czas potrzebny do dotarcia do węzła komunikacyjnego albo zabrało do Auchan na zakupy. To coś to samochód lub skuter.
Jak to miło dojść do sensownej konkluzji.
Mieszkając w Zalesiu Dolnym (administracyjnie należące do Piaseczna) cierpię na chroniczną przypadłość bycia daleko od najbliższego węzła komunikacyjnego. Do tegoż mam 20 minut piechotą, co przekłada się na 40 minut straconego czasu, który muszę poświęcić na dotarcie do dworca PKP (węzła komunikacyjnego). Jest oczywiście autobus miejski linii 727 ale jeździ na tyle rzadko (średnio co pół godziny) a trasę ma tak wydłużoną w stosunku do linii 709, że często pozostaje nieuzasadnione z punktu widzenia efektywności przemieszczania się korzystanie z tej linii. Usprawiedliwia wsiadanie do tego autobusu jedynie lenistwo.
Powracając do dworca PKP, do wyboru mamy tam 2 środki lokomocji (taksówek również tam obecnych nie biorę pod uwagę z racji wysokich kosztów i moich niskich dochodów): pociągi Kolei Mazowieckich oraz linię autobusową 709. Pierwszy z nich wydaje się dość sensownym rozwiązaniem, niestety cierpiącym z powodu niskiej częstotliwości kursowania składów (średnio raz na godzinę) ale z Piaseczna do centrum Warszawy pozwala dostać się w około 60 minut (łącznie z dojściem tych 20 minut z domu do dworca).
Autobus linii 709 w około 35 minut zabierze nas do stacji metra Wilanowska, po czym należy w to metro wsiąść i po 70 minutach od wyjścia z domu jesteśmy w centrum. O ile nie ma korków. Bo pociąg ma jedną ważną zaletę nad autobusem, tj nie stoi w zatorach drogowych. I przydaje się to w godzinach szczytu, bo wówczas podróż autobusem drastycznie się wydłuża a podróż z domu do centrum Warszawy potrafi zwiększyć swoją objętość czasową o 30% (czas podróży autobusem wydłuża się z 35 do 55 minut).
Oprócz tego, brak w najbliższej okolicy niedrogiego sklepu spożywczego. Jest co prawda niejaki supermarket Pod Dębami, ale ceny produktów oraz zakres oferowanego asortymentu niech pozostaną za karzącą kurtyną milczenia. Najbardziej sensowne jest zatem udawanie się po zakupy do centrum handlowego Auchan położonego przy ulicy Puławskiej w Mysiadle (no, w Piasecznie właściwie ale przystanek jest Mysiadło). Niestety, pomimo tego, że autobus jedzie tam 10 minut to cała wyprawa łącznie ze zrobieniem zakupów i powrotem do domu zabiera od 1,5 do 2 godzin, co jest czymś po prostu karygodnym.
Ergo, potrzebuję czegoś, co pozwoliłoby ograniczyć czas potrzebny do dotarcia do węzła komunikacyjnego albo zabrało do Auchan na zakupy. To coś to samochód lub skuter.
Jak to miło dojść do sensownej konkluzji.
wtorek, 24 listopada 2009
Czyżby spadek formy?
7:45 -budzik
8:00 -może jeszcze chwilkę...
8:30 -no nie, trzeba wstać...
8:44 no dobra, wstaję.
8:46 -łazienka: o newsweek leży od wczoraj na podłodze, jest co czytać
8:47 -kuchnia -ameryka nie tak silna jak się wydaje, dość ciekawa teza Fareeda Zakarii (znanego nam skądinąd) i następnie równie ciekawy artykuł o upadku ekonomicznym kalifornii.
8:48 -jemy: serek wiejski z rodzynkami i otrębami granulowanymi, sałatka z wczoraj, kefir, jabłko, woda około 300 kcal (ale przynajmniej smaczne)
8:55 -siadam do komputera, facebook, gmail, nasza klasa, grono, zero wiadomości
9:01 -kupuję na allegro nowe słuchawki
9:03 -kupiłbym sobie hantle ale szkoda pieniędzy... kurczę fajne są... za tydzień sobie zamówię
9:06 -sprzątam
9:08 -łazienka
9:12-9:48 nic ciekawego nie robiłem
9:55 -no to lecimy, sportowa bielizna, dres, koszulka, longsleeve, blua, czapka, rękawiczki, słuchawki do uszu w słuchawkach Polskie Radio Program 3
9:58 -zaczynam rozgrzewkę, na początku kilometr i 100 metrów lekkiego truchtu plus podskoki, wymachy nóg, wymachy ramion, skip a i b
10:04 -dalszy ciąg rozgrzewki, rozciąganie -wszystko co najważniejsze
10:14 -trochę pobudzających ćwiczeń: pajacyki, podskoki, sprint w miejscu
10:16 -no to lecimy...
10:23 -hmm coś słabo te pierwsze 1,5 kilometra
10:30 -cholera, naprawdę słabo, jestem zmęczony a to dopiero 3 kilometry
10:51 -musiałem zwolnić, 6 kilometrów w 40 minut, strasznie słabo... jeszcze w październiku robiłem dychę w 50 minuty.
10:52 -przynajmniej z wygaszaniem nie ma problemów, trochę rozciągania i tempo spada ze 150 do normalnych 59-60 uderzeń
11:00 -no to jeszcze 300 metrów sprintu na dobicie, 3 razy po 100 metrów
11:02 -ałaa... moje nogi
11:03 -no to rozciągamy
11:06 -już w domu
11:08 -szóstka wejdera koszmarem studentów... jedziemy
11:14 -no to jeszcze trochę pompek... 20 zwykłych i 10 wąskich wystarczy
11:17 -przysiady z obciążeniem (plecak z książkami), 25 wystarczy
11:19 -rozciągamy...
11:25 -skoro już odetchnąłem, trzeba coś zjeść, idziemy w białko -banan, serek wiejski, woda 220 kcal.
11:27 -myślę, że komuś może to wydać się interesujące... ale najpierw prysznic
Martwi mnie dzisiejsza sytuacja, 6 kilometrów w niezbyt dobrym czasie i byłem praktycznie wyczerpany. Składam to na karb lekce sobie ważenia biegania przez ostatnie 2 tygodnie, 2 tygodnie temu biegałem tylko 2 razy (w sumie 13 km), w zeszłym ani razu.
Plus chyba nie jest dobrym pomysłem bieganie w dzień po siłowni (zwłaszcza, że dałem sobie w kość, zwłaszcza pod koniec na ergometrze -udało mi się ustawić nową życiówkę na 2 km z obciążeniem 8 aktualny rekord: 9:51). Ale na dzisiaj dość samozachwytu.
8:00 -może jeszcze chwilkę...
8:30 -no nie, trzeba wstać...
8:44 no dobra, wstaję.
8:46 -łazienka: o newsweek leży od wczoraj na podłodze, jest co czytać
8:47 -kuchnia -ameryka nie tak silna jak się wydaje, dość ciekawa teza Fareeda Zakarii (znanego nam skądinąd) i następnie równie ciekawy artykuł o upadku ekonomicznym kalifornii.
8:48 -jemy: serek wiejski z rodzynkami i otrębami granulowanymi, sałatka z wczoraj, kefir, jabłko, woda około 300 kcal (ale przynajmniej smaczne)
8:55 -siadam do komputera, facebook, gmail, nasza klasa, grono, zero wiadomości
9:01 -kupuję na allegro nowe słuchawki
9:03 -kupiłbym sobie hantle ale szkoda pieniędzy... kurczę fajne są... za tydzień sobie zamówię
9:06 -sprzątam
9:08 -łazienka
9:12-9:48 nic ciekawego nie robiłem
9:55 -no to lecimy, sportowa bielizna, dres, koszulka, longsleeve, blua, czapka, rękawiczki, słuchawki do uszu w słuchawkach Polskie Radio Program 3
9:58 -zaczynam rozgrzewkę, na początku kilometr i 100 metrów lekkiego truchtu plus podskoki, wymachy nóg, wymachy ramion, skip a i b
10:04 -dalszy ciąg rozgrzewki, rozciąganie -wszystko co najważniejsze
10:14 -trochę pobudzających ćwiczeń: pajacyki, podskoki, sprint w miejscu
10:16 -no to lecimy...
10:23 -hmm coś słabo te pierwsze 1,5 kilometra
10:30 -cholera, naprawdę słabo, jestem zmęczony a to dopiero 3 kilometry
10:51 -musiałem zwolnić, 6 kilometrów w 40 minut, strasznie słabo... jeszcze w październiku robiłem dychę w 50 minuty.
10:52 -przynajmniej z wygaszaniem nie ma problemów, trochę rozciągania i tempo spada ze 150 do normalnych 59-60 uderzeń
11:00 -no to jeszcze 300 metrów sprintu na dobicie, 3 razy po 100 metrów
11:02 -ałaa... moje nogi
11:03 -no to rozciągamy
11:06 -już w domu
11:08 -szóstka wejdera koszmarem studentów... jedziemy
11:14 -no to jeszcze trochę pompek... 20 zwykłych i 10 wąskich wystarczy
11:17 -przysiady z obciążeniem (plecak z książkami), 25 wystarczy
11:19 -rozciągamy...
11:25 -skoro już odetchnąłem, trzeba coś zjeść, idziemy w białko -banan, serek wiejski, woda 220 kcal.
11:27 -myślę, że komuś może to wydać się interesujące... ale najpierw prysznic
Martwi mnie dzisiejsza sytuacja, 6 kilometrów w niezbyt dobrym czasie i byłem praktycznie wyczerpany. Składam to na karb lekce sobie ważenia biegania przez ostatnie 2 tygodnie, 2 tygodnie temu biegałem tylko 2 razy (w sumie 13 km), w zeszłym ani razu.
Plus chyba nie jest dobrym pomysłem bieganie w dzień po siłowni (zwłaszcza, że dałem sobie w kość, zwłaszcza pod koniec na ergometrze -udało mi się ustawić nową życiówkę na 2 km z obciążeniem 8 aktualny rekord: 9:51). Ale na dzisiaj dość samozachwytu.
niedziela, 22 listopada 2009
Z pamiętnika zagłodzonego studenta
To już, jakby nie było, 8 miesięcy. Czyli prawie jak ciąża. Prawie jak rok. To już 8 miesięcy intensywnej terapii odchudzającej. Może nie tyle terapii co zmiany sposobu życia. Ot tak. Pewnego dnia, pewnego dnia postanowiłeś coś zmienić. Zainwestować te 49 zł w najbrzydsze na świecie buty do biegania i spróbować przebiec choćby w dół najbliższej ulicy. Stan przedzawałowy.
Jednocześnie przestajesz wcinać to co lubisz. Dla ciebie skończyły się:
-słodycze
-cola
-chipsy
-fast food
-przekąski
-zabielane sosy
-...
i wiele wiele innych rzeczy. Od dłuższego czasu zakupy wyglądają całkowicie inaczej niż kiedyś. Już nie tyle wybierasz z półki to, na co masz ochotę, ale to co musisz zjeść. Albo powinieneś zjeść.
Zaczęła się era:
-świeżych owoców (i to też nie wszystkich)
-warzyw (j. w.)
-nieśmiertelnej piersi z kurczaka która stanie się twoim najlepszym przyjacielem już po wsze czasy
-restauracji green way, bo tylko tam nie masz świadomości, że się trujesz
-i serka wiejskiego light, bo ma mało tłuszczu a trzeba jeść właściwie same białka i owoce
I wcale nie jest tak, że wydajesz mniej na jedzenie. Wręcz przeciwnie, bo to dobre dla ciebie jedzenie, jest zdecydowanie droższe niż to niedobre dla, ale smaczne jedzenie.
Tak czy siak, stan obecny moim zdaniem jest dość zadowalający. Z 96 czy 98 nawet kilogramów udało mi się zejść do stabilnych 70-72 zależnie od dnia. Już nie umieram po 100 metrach szybkiego marszu. I nie muszę się chować gdy ktoś chce zrobić zdjęcie bo mam świadomość, że na obrazku wyjdę... normalnie.
***
To tyle w charakterze refleksyjnym.
***
Ostatni tydzień był całkowitą, totalną, absolutną porażką. Dawno nie miałem tylu spraw do załatwienia na głowie i świadomości, że pomimo starań i czasu nie wyszło do końca to, co powinno. A terminy gonią. I jak tu znaleźć jeszcze czas na regularne treningi biegowe, kiedy kładziesz się spać około 1 w nocy i nie masz siły zwlec się z łóżka o tej 7:30 zjeść śniadania, odczekać godziny i zabrać się za trening, zwłaszcza mając świadomość, że możesz ominąć etap biegania i czekania, wstać o 9 i przejść od razu do śniadania -oczywiście jesz mniej niż gdybyś miał biegać, to oczywiste. Tak czy siak nie jest dobrze. Od przyszłego tygodnia zaczynam bardziej intensywne trenowanie. I muszę mieć wagę. Żeby się ważyć.
Jednocześnie przestajesz wcinać to co lubisz. Dla ciebie skończyły się:
-słodycze
-cola
-chipsy
-fast food
-przekąski
-zabielane sosy
-...
i wiele wiele innych rzeczy. Od dłuższego czasu zakupy wyglądają całkowicie inaczej niż kiedyś. Już nie tyle wybierasz z półki to, na co masz ochotę, ale to co musisz zjeść. Albo powinieneś zjeść.
Zaczęła się era:
-świeżych owoców (i to też nie wszystkich)
-warzyw (j. w.)
-nieśmiertelnej piersi z kurczaka która stanie się twoim najlepszym przyjacielem już po wsze czasy
-restauracji green way, bo tylko tam nie masz świadomości, że się trujesz
-i serka wiejskiego light, bo ma mało tłuszczu a trzeba jeść właściwie same białka i owoce
I wcale nie jest tak, że wydajesz mniej na jedzenie. Wręcz przeciwnie, bo to dobre dla ciebie jedzenie, jest zdecydowanie droższe niż to niedobre dla, ale smaczne jedzenie.
Tak czy siak, stan obecny moim zdaniem jest dość zadowalający. Z 96 czy 98 nawet kilogramów udało mi się zejść do stabilnych 70-72 zależnie od dnia. Już nie umieram po 100 metrach szybkiego marszu. I nie muszę się chować gdy ktoś chce zrobić zdjęcie bo mam świadomość, że na obrazku wyjdę... normalnie.
***
To tyle w charakterze refleksyjnym.
***
Ostatni tydzień był całkowitą, totalną, absolutną porażką. Dawno nie miałem tylu spraw do załatwienia na głowie i świadomości, że pomimo starań i czasu nie wyszło do końca to, co powinno. A terminy gonią. I jak tu znaleźć jeszcze czas na regularne treningi biegowe, kiedy kładziesz się spać około 1 w nocy i nie masz siły zwlec się z łóżka o tej 7:30 zjeść śniadania, odczekać godziny i zabrać się za trening, zwłaszcza mając świadomość, że możesz ominąć etap biegania i czekania, wstać o 9 i przejść od razu do śniadania -oczywiście jesz mniej niż gdybyś miał biegać, to oczywiste. Tak czy siak nie jest dobrze. Od przyszłego tygodnia zaczynam bardziej intensywne trenowanie. I muszę mieć wagę. Żeby się ważyć.
Obiecane, to napisane
I to bardzo szybko. Nie chciałem łączyć dwóch długich postów w jeden. Unikamy stosunku czytelników pt: ''too long; did not read''.
Chciałem się zastanowić, co we mnie siedzi. Kto może wiedzieć, co we mnie może siedzieć. Przede wszystkim tak: łatwo zapamiętuję mówione informacje, ale tylko te, które naprawdę mnie zajmują. Przykład: nadal nie wiem jak nazywa się połowa ludzi z roku, mimo, że słyszałem ich imiona po 1000 razy; za to wiem, że Agnieszka to Agnieszka. I wiedziałem to, a co najważniejsze zapamiętałem, po mniej więcej nanosekundzie od zdobycia tej informacji. I nie zanosi się żebym miał zapomnieć.
Jestem na wskroś leniwy. Naprawdę ciężko mi się zmusić do konstruktywnej pracy, zwłaszcza, jeśli nie będę widzieć efektów. Albo nie dostanę pieniędzy. To pewnie dlatego nadal nie odbyłem praktyk zawodowych.
Właściwie to boję się obcych ludzi, gubię gdzieś język i nie wiem co powiedzieć. W sklepach korzystam jeśli tylko mogę z kas samoobsługowych, liczę na to, że w odzieżowym nikt nie zapyta się mnie "w czym mogę pomóc", ale jednocześnie chciałbym, aby ktoś (blondynka, max 170 cm, bardzo ładna, duże oczy (tak, oczy)) w komunikacji odezwał się do mnie po przyjacielsku, zagadał. Póki co nic takiego jeszcze się nie stało, ale jestem dobrej myśli.
Tak, jestem osobą nastawioną do życia optymistycznie, wszystko na pewno się uda, a jeśli nie to, co miało się udać to pewnie życie przyniesie coś innego w zamian. Oprócz tego, uważam, że nie ma takich kłopotów, których nie rozwiązałoby odpowiednio długie czekanie. Tutaj oczywiście nie mówię całkowicie poważnie, ale jakoś to odnosi się do mojej natury lenia.
Jestem osobą tchórzliwą. Ostatnio to stwierdziłem gdy salwując się ucieczką od jednej osoby zacząłem myśleć "co ja tak naprawdę teraz robię?" a teraz czuję się nieswojo zawsze gdy przechodzi obok, omijam ją wzrokiem. Jednocześnie odczuwam coś na kształt satysfakcji z tego, że ona pewnie dzieli podobne do moich uczucia.
Nie zajmuję się niczym szczególnym. Póki co utrzymują mnie rodzice, co nie oznacza, że nie jestem samodzielny. Od jakiegoś czasu udzielam korepetycji z angielskiego (well I may quite frankly say that I can speak english quite as fluent as Polish, of course if I know what I'm going to say in the first place) co pozwala mi na w miarę rozsądną egzystencję.
Jestem dość skąpy zwłaszcza gdy mam cel który chce osiągnąć (np zakup czegoś). Wówczas wydawanie pieniędzy sprawia mi wręcz fizyczny ból -tak jak dzisiaj, kiedy mamine pieniądze się skończyły i musiałem dołożyć z własnej kieszeni żeby móc w przyszłym tygodniu cokolwiek jeść. To pewien paradoks: uwielbiam mieć pieniądze, uwielbiam wydawać pieniądze, nie znoszę nie mieć pieniędzy. Póki co nie zanosi się, żeby dało się to jakoś pogodzić.
To w zasadzie wszystko na ten temat, jeśli ktoś miałby jakieś głębsze bądź płytsze pytania odnośnie mojej osoby bardzo proszę, śmiało, skontaktuj się bądź to drogą mailową (jamroov@gmail.com) bądź w jakikolwiek inny sposób.
Pozdrawiam i życzę miłej reszty wieczoru.
Mroov
Chciałem się zastanowić, co we mnie siedzi. Kto może wiedzieć, co we mnie może siedzieć. Przede wszystkim tak: łatwo zapamiętuję mówione informacje, ale tylko te, które naprawdę mnie zajmują. Przykład: nadal nie wiem jak nazywa się połowa ludzi z roku, mimo, że słyszałem ich imiona po 1000 razy; za to wiem, że Agnieszka to Agnieszka. I wiedziałem to, a co najważniejsze zapamiętałem, po mniej więcej nanosekundzie od zdobycia tej informacji. I nie zanosi się żebym miał zapomnieć.
Jestem na wskroś leniwy. Naprawdę ciężko mi się zmusić do konstruktywnej pracy, zwłaszcza, jeśli nie będę widzieć efektów. Albo nie dostanę pieniędzy. To pewnie dlatego nadal nie odbyłem praktyk zawodowych.
Właściwie to boję się obcych ludzi, gubię gdzieś język i nie wiem co powiedzieć. W sklepach korzystam jeśli tylko mogę z kas samoobsługowych, liczę na to, że w odzieżowym nikt nie zapyta się mnie "w czym mogę pomóc", ale jednocześnie chciałbym, aby ktoś (blondynka, max 170 cm, bardzo ładna, duże oczy (tak, oczy)) w komunikacji odezwał się do mnie po przyjacielsku, zagadał. Póki co nic takiego jeszcze się nie stało, ale jestem dobrej myśli.
Tak, jestem osobą nastawioną do życia optymistycznie, wszystko na pewno się uda, a jeśli nie to, co miało się udać to pewnie życie przyniesie coś innego w zamian. Oprócz tego, uważam, że nie ma takich kłopotów, których nie rozwiązałoby odpowiednio długie czekanie. Tutaj oczywiście nie mówię całkowicie poważnie, ale jakoś to odnosi się do mojej natury lenia.
Jestem osobą tchórzliwą. Ostatnio to stwierdziłem gdy salwując się ucieczką od jednej osoby zacząłem myśleć "co ja tak naprawdę teraz robię?" a teraz czuję się nieswojo zawsze gdy przechodzi obok, omijam ją wzrokiem. Jednocześnie odczuwam coś na kształt satysfakcji z tego, że ona pewnie dzieli podobne do moich uczucia.
Nie zajmuję się niczym szczególnym. Póki co utrzymują mnie rodzice, co nie oznacza, że nie jestem samodzielny. Od jakiegoś czasu udzielam korepetycji z angielskiego (well I may quite frankly say that I can speak english quite as fluent as Polish, of course if I know what I'm going to say in the first place) co pozwala mi na w miarę rozsądną egzystencję.
Jestem dość skąpy zwłaszcza gdy mam cel który chce osiągnąć (np zakup czegoś). Wówczas wydawanie pieniędzy sprawia mi wręcz fizyczny ból -tak jak dzisiaj, kiedy mamine pieniądze się skończyły i musiałem dołożyć z własnej kieszeni żeby móc w przyszłym tygodniu cokolwiek jeść. To pewien paradoks: uwielbiam mieć pieniądze, uwielbiam wydawać pieniądze, nie znoszę nie mieć pieniędzy. Póki co nie zanosi się, żeby dało się to jakoś pogodzić.
To w zasadzie wszystko na ten temat, jeśli ktoś miałby jakieś głębsze bądź płytsze pytania odnośnie mojej osoby bardzo proszę, śmiało, skontaktuj się bądź to drogą mailową (jamroov@gmail.com) bądź w jakikolwiek inny sposób.
Pozdrawiam i życzę miłej reszty wieczoru.
Mroov
Trzeci raz po raz pierwszy, witam wszystkich
Chciałbym na początku pozdrowić wszystkich przyszłych czytelników mojego pamiętnika, tak będę nazywał ten twór pomimo niespełniania przez niego cech określonych w słownikowej definicji pamiętnika (np pisanie go gęsim piórem i zamykanie w okutej żelazem skrzyni). Wydaje mi się, że skoro Polacy nie gęsi i język swój mają, to wypadałoby choćby w ten sposób pokazać, że jednak ma się trochę poszanowania dla języka. Także pamiętnik to będzie i pamiętnikiem pozostanie.
Być może wypadałoby powiedzieć kilka słów o sobie, ot tak na dobry początek, żeby było wiadomo z czym to jeść. Jestem Mroov, tak naprawdę nazywam się Mateusz, ale w zasadzie poza kilkoma osobami nikt tak do mnie nie mówi. Mrów, Mruf, Muf, Mów to inne wersje tego samego imienia, czy też pseudonimu (raczej pseudonimu). Przyszedłem na ten świat staraniem mojej matki wówczas nauczycielki dokładnie 21 lat 2 miesiące i 25 dni temu (28 sierpnia, tak jak Werter lub Filip Gąbczak -bohaterowie dość ciekawych książek z czasów licealnych). Obowiązek edukacyjny wypełniłem w szkole podstawowej w pomorskiej wsi, położonej blisko, ale nie dość blisko, Trójmiasta (50 km w kierunku północno-zachodnim od Gdyni) następnie w szkole gimnazjalnej w innej wsi choć położonej w tej samej gminie. Ten okres puśćmy w niepamięć, bo nic godnego uwagi wówczas się nie działo.
Rozkręcać zaczęło się coś dopiero po rozpoczęciu edukacji w VI liceum w Gdyni. Oj tak, wspaniała to szkoła, nie tyle ze względu na poziom nauczania (wysoki?) lecz kolegów. Tak, my nastolatkowie przeświadczeni o własnej nieomylności, ambitni i impertynenccy. Pierwsze miłostki, zauroczenia i nabyty nielegalnie alkohol w małym sklepie spożywczym koło hotelu gdynia (dzisiaj już tego sklepu nie ma). Coś jak w piosence Sydneya Polaka (Polaca?) o pewnym stołecznym osiedlu. Tak, to były piękne czasy. I była Anna. Była. I tyle na ten temat. Ale nie pozwólmy myślom odbiec od głównego nurtu. 3 lata minęły zdecydowanie za szybko, matura, najdłuższe wakacje i pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Sesja, sesja, wakacje drugi rok, trochę problemów, wakacje (nota bene najlepsze wakacje mojego życia można pokrótce powiedzieć, dzięki dwóm naprawdę fantastycznym dziewczynom, z których żadna nie była spodziewana, co tym bardziej wzmocniło efekty).
A teraz mamy 22 października nadal studiuję, trzeci rok już rozkręcony leci pełną parą, praca licencjacka w trakcie pisania. Mam dużo do zrobienia, ale coś mnie tknęło, żeby zacząć pisać.
Historia mojego życia pokrótce opisana. W następnym odcinku postaram się określić co tak naprawdę we mnie siedzi. Albo inaczej, co myślę, że we mnie siedzi. Do zobaczenia następną razą.
Mateusz Mroov
Być może wypadałoby powiedzieć kilka słów o sobie, ot tak na dobry początek, żeby było wiadomo z czym to jeść. Jestem Mroov, tak naprawdę nazywam się Mateusz, ale w zasadzie poza kilkoma osobami nikt tak do mnie nie mówi. Mrów, Mruf, Muf, Mów to inne wersje tego samego imienia, czy też pseudonimu (raczej pseudonimu). Przyszedłem na ten świat staraniem mojej matki wówczas nauczycielki dokładnie 21 lat 2 miesiące i 25 dni temu (28 sierpnia, tak jak Werter lub Filip Gąbczak -bohaterowie dość ciekawych książek z czasów licealnych). Obowiązek edukacyjny wypełniłem w szkole podstawowej w pomorskiej wsi, położonej blisko, ale nie dość blisko, Trójmiasta (50 km w kierunku północno-zachodnim od Gdyni) następnie w szkole gimnazjalnej w innej wsi choć położonej w tej samej gminie. Ten okres puśćmy w niepamięć, bo nic godnego uwagi wówczas się nie działo.
Rozkręcać zaczęło się coś dopiero po rozpoczęciu edukacji w VI liceum w Gdyni. Oj tak, wspaniała to szkoła, nie tyle ze względu na poziom nauczania (wysoki?) lecz kolegów. Tak, my nastolatkowie przeświadczeni o własnej nieomylności, ambitni i impertynenccy. Pierwsze miłostki, zauroczenia i nabyty nielegalnie alkohol w małym sklepie spożywczym koło hotelu gdynia (dzisiaj już tego sklepu nie ma). Coś jak w piosence Sydneya Polaka (Polaca?) o pewnym stołecznym osiedlu. Tak, to były piękne czasy. I była Anna. Była. I tyle na ten temat. Ale nie pozwólmy myślom odbiec od głównego nurtu. 3 lata minęły zdecydowanie za szybko, matura, najdłuższe wakacje i pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Sesja, sesja, wakacje drugi rok, trochę problemów, wakacje (nota bene najlepsze wakacje mojego życia można pokrótce powiedzieć, dzięki dwóm naprawdę fantastycznym dziewczynom, z których żadna nie była spodziewana, co tym bardziej wzmocniło efekty).
A teraz mamy 22 października nadal studiuję, trzeci rok już rozkręcony leci pełną parą, praca licencjacka w trakcie pisania. Mam dużo do zrobienia, ale coś mnie tknęło, żeby zacząć pisać.
Historia mojego życia pokrótce opisana. W następnym odcinku postaram się określić co tak naprawdę we mnie siedzi. Albo inaczej, co myślę, że we mnie siedzi. Do zobaczenia następną razą.
Mateusz Mroov
Subskrybuj:
Posty (Atom)